|
::: www.kolektory.eu ::: Centrum Odnawialnych Źródeł Energii :::
|
Wychodek na biegunie
Podczas jednej ze swych wypraw Wojciech Moskal odwiedził mało
uczęszczany zakątek Grenlandii. Celem jego podróży nie były oczywiście
eskimoskie kotłownie - nie jest on wszak instalatorem, lecz podróżnikiem,
polarnikiem, pierwszym polskim zdobywcą bieguna północnego...
Podzielił się jednak wrażeniami z wysłanniczką "MI". Jego opowieść zaczyna się
jak prawdziwa baśń: "Daleko stąd, w północno-zachodniej części Grenlandii leży
eskimoskie osiedle Siorapaluk, najbardziej na północ wysunięta osada na świecie,
a zarazem najbardziej autentyczne miejsce, gdzie żyją i polują Eskimosi. Mieszka
tam 60 osób. Mają coś w rodzaju łaźni komunalnej, w której codziennie dwóch
Eskimosów pełni dyżur - zajmują się dowożeniem śniegu. Używają do tego
czterokołowego wózeczka, do którego zaprzęgają sanie i jeżdżą nad morze, do góry
lodowej.
Tę górę lodową łupią i dowożą do zbiornika w łaźni, gdzie ten śnieg się topi.
Tam Eskimosi chodzą się kąpać - nie wiem jak często, bo oni mówią tylko po
eskimosku i nie mogliśmy się z nimi nijak dogadać. Mają w tej łaźni jakieś dwa
czy trzy prysznice i pralki. Działa to wszystko na zwyczajny prąd, z tym, że
woda wycieka rurą oczywiście w śnieg. Natomiast do domów każdy z nich też sobie
przywozi śniegu i lodu do wytopienia. Mają tam piecyki, najczęściej na naftę, bo
tam nie ma drewna ani węgla - nie ma czym palić, i na takim piecyku właśnie
stawiają wielkie baniaki pełne lodu, to się topi i jest woda.
Później byliśmy w większej osadzie, Qaanaaq, gdzie mieszka 650 osób. Tam już
niektórzy - co bogatsi - mieszkańcy mają zbiorniki na "bieżącą" wodę u siebie w
domach. W Qaannaq są zresztą Eskimosi trudniący się dowożeniem wody, że tak
powiem, zawodowo. Mają oni dużą koparkę i duży ciężarowy samochód, i jeżdżą po
lodzie morskim do góry lodowej. Walą tą koparą w górę lodową, to, co się
obsypie, ładują do ciężarówy i wiozą do osady, gdzie odbywa się takie jakby
centralne topienie śniegu. Funkcjonuje to tak, że wożą wodę beczkowozem - kogo
stać, płaci 100 koron, czyli 50 złotych, i tankują mu do pełna domowy zbiornik,
dzięki czemu w domu jest niby bieżąca woda - tak jak w łaźni w Siorapaluk.
Kanalizacji nie ma, wszędzie z tych chałup wystają rury. Woda wycieka, widać,
kto się kąpie, potem to się rozlewa po całej wsi i natychmiast zamarza. Więc
mają jeszcze jedną koparkę, która posypuje te uliczki piachem, żeby ludzie się
nie pozabijali. I tak to idzie - jedni wylewają wodę, drudzy posypują piachem i
tak w kółko. Luz...
Innym razem byłem w takim małym osiedlu na wschodnim wybrzeżu Grenlandii i
patrzę, a Eskimosi chodzą po wsi i ciągną kanistry na sznurkach, co wyglądało
bardzo śmiesznie, a chodziło o to, że był tam jeden wielki zbiornik na całe
osiedle, i ci Eskimosi cały rok czerpali z niego wodę. Żeby nie dźwigać pełnych
kanistrów, ciągali je po śniegu. W Qaanaaq, kiedy późnym latem przychodzi okres
przejściowy, lód morski jest już bardzo zniszczony i nie można wyjechać na
morze. Na tę porę mają zapas wody w jednym ze stojących tam olbrzymich
zbiorników. Jest on tankowany raz do roku przez statek. Na ogół starają się
jeździć jednak do gór lodowych, bo to jest doskonała, czysta woda. Myśmy się
nawet dziwili, co to będzie, jak przyjdzie taki rok, że żadna góra lodowa nie
przypłynie, ale oni mówią, że zawsze jakaś góra do nich zdryfuje i osiada na
mieliźnie gdzieś w pobliżu.
Z
toaletami natomiast w Qaanaaq jest tak: kibelek na oko wygląda jak nasz, ładnie
zrobiony, stoi takie obudowanie, a po podniesieniu deski okazuje się, że w
środku jest po prostu specjalne wiaderko i rura wentylacyjna. Nie wiem
dokładnie, jak to działa, ale z tego obudowania wychodzi na zewnątrz coś w
rodzaju rury. Nigdy to nie śmierdzi i w sumie jest dosyć czyste. Wody się nie
spuszcza. Codziennie rano przyjeżdżają tacy kiblowi Eskimosi, którzy mają
przyczepę z beczkami. Do tych beczek opróżniają wiadra, które się wystawia przed
dom. A z tych beczek to już tego nie wylewają, to gdzieś tam stoi i zamarza - i
jak statek przyjeżdża raz do roku, to chyba zabiera te pojemniki i pewnie topi
gdzieś na morzu.
Na Grenlandii w ogóle strasznie mi się podoba, to jest dla mnie raj na ziemi -
mało śniegu pada - jak myśmy tam byli, to był kwiecień-maj, słońce świeciło,
błękitne niebo, owszem, 15 - 20 stopni mrozu, ale tego się w ogóle nie czuje, bo
nie ma wiatru. I mają ciepło w tych swoich drewnianych domkach. (Igloo
widzieliśmy raz, jeden Eskimos zrobił dla dzieci do zabawy). Bardzo
rozpowszechnione są tam piecyki na naftę, Eskimosi mają je praktycznie wszędzie.
Piecyk działa tak, że ze zbiornika nafta wycieka grawitacyjnie i wpływa do
takiego niby gaźniczka - ładnego pojemnika ze stali nierdzewnej, z pokrętłem do
regulowania tempa przepływu. Żeby ten piecyk zastartować, trzeba najpierw
wrzucić tam na przykład jakiś zapalony papier, bo nafta się strasznie trudno
zapala od zapałki, i to sobie tak kapie i grzeje aż miło. Przed każdym domem
stoją na koziołkach beczki z naftą, jak im potrzebna, to wychodzą i nabierają
sobie w plastikowy kanisterek. Jedyne, co trzeba, to odpowiedni komin, z takim
grzybkiem u góry, bo jak jest silny wiatr, to może dmuchnąć i zgasić płomień.
Ale to się raczej rzadko zdarza. Jest to najtańszy sposób ogrzewania, bo tam tej
nafty jest pełno. Co roku, podczas dwóch miesięcy, kiedy morze rozmarza (czyli w
sierpniu i we wrześniu) przypływa statek, i wtedy tankują do takich olbrzymich
zbiorników benzynę czy ropę do agregatów od prądu, i naftę. Chociaż w Qaanaaq są
też bogatsi Eskimosi, którzy mają ogrzewanie elektryczne. Ale to nieciekawe...
Eskimosi właściwie cały czas się podgrzewają, nawet będąc w podróży, czy na
polowaniu. Jeden taki przyjechał do Qaanaaq, ale nie miał tam krewnych, więc
mieszkał sobie w namiociku, z żoną i czteroletnim dzieckiem. Słońce, owszem,
świeci, ale jest tam minus 10 stopni, no i w tym jego namiociku prymus chodził
cały czas. Eskimosów to szokowało, że jak my podróżujemy, to się nie
podgrzewamy, boby tego paliwa mnóstwo wyszło, więc zagotujemy jedzenie i
siedzimy w zimnym namiocie albo idziemy spać. A Eskimos w podróży może załadować
na sanie mnóstwo rzeczy - zawsze mu się ten prymusik zmieści. Oni się tam nie
certolą, zapalą prymus i pięć litrów nafty w trzy minuty poszło! Raz tylko
widzieliśmy w jednej opuszczonej wiosce zwyczajny, żeliwny piec na drewno czy
węgiel. Ale nie wiem, czym tam palili - może papierami, bo drewno tam nie
występuje, inaczej niż na Spitsbergenie, gdzie pełno drewna dryftowego się wala
po plażach, wystarczy pójść i nazbierać, jak robią wszyscy traperzy. W tej
właśnie wiosce widzieliśmy domek, do którego wchodziło się przez korytarz,
skonstruowany podobnie jak w igloo: z korytarza do izby wiodły niskie do pasa
drzwiczki. Do igloo też się trzeba było czołgać takim niskim tunelem, żeby
ciepło nie uciekało. A już okno w tej chatce było całkiem normalne, z tym, że
zabite gwoździami, bo okien to się tam raczej nie otwiera, przynajmniej myśmy
nie widzieli. Dosyć to dla nas było szokujące - tu piecyk grzeje, tu rarytas w
postaci zgniłej foki nadziewanej małymi ptaszkami albo wątroba morsa się
rozmraża, a nic nie śmierdzi. Cała wentylacja - mam na myśli spaliny z tych
piecyków naftowych - idzie rurą i kominem. Natomiast w domkach myśliwskich, w
których nie ma ogrzewania piecykami naftowymi, zawsze jest otwór w dachu, a
oprócz tego wlot powietrza w drzwiach - taka klapka przy podłodze, żeby zimne
powietrze szło dołem, a ciepłe górą. W każdym razie zasada jest taka, że
wszystkie drzwi otwierają się do wewnątrz - inaczej nie mogliby wyjść, gdyby
drzwi zawiała zamieć. Gdyby drzwi otwierały się na zewnątrz, to w wypadku
zamieci byliby ugotowani. Widziałem też drzwi dzielone na pół, tak, że można
otworzyć górną połowę - chyba, żeby można było odkopać wejście, a jednocześnie,
żeby nie naleciało śniegu do chaty. Oprócz tego przed drzwiami wejściowymi bywa
taki rodzaj korytarzyka, czy zabudowanego ganku, który chyba służy jako
wiatrołap, właśnie po to, żeby tych drzwi nie zawaliło śniegiem.
W Qaanaaq jest zresztą hotel, gdzie warunki są nieco bardziej europejskie, i jak
się człowiek kąpie w wykafelkowanej łazience, to zapomina, że woda leci rurą
prosto w śnieg... A właściciel hotelu to Eskimos, który widział Polskę - był
kiedyś w Niemczech we Frankfurcie nad Odrą, i wszedł na most i widział Polskę,
ale bał się przejść, bo mu powiedziano, że Polska to dziki kraj!"
ŹRÓDŁO: WWW.WTB.PL
|